Kto przepłynął Marolę - tego śmierć już nie trwoży,
Tak śpiewają morskie lwy - marynarze.
Czarne skały się piętrzą wśród błękitnych bezdroży,
jak zębate mury piekieł i straże.
Tam, gdzie jutrznia się krwawi rozplotami swych włosów
płyną fale jak hymny Homera -
lecz wał jeden już dyszy - i już sięga niebiosów,
pod nim przepaść się aż do dna rozwiera -
i jak harpia zielona - szpony mając wzdłuż ciała,
chwilę wzdęty jak lodowiec - zawisnął
i runąwszy na skałę, co mlekiem pobielała,
ryknął - zszalał - chmurami wytrysnął.
Żółte węże rozpełzły - i przez śnieżne brną pola,
a już łeb swój potworny wychynęła Marola.
LUCIFER
Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,
lecący z jękiem w dal - jak głuchy dzwon północy -
ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy
iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.
Ja komet król - a duch się we mnie wichrzy
Jak pył pustyni w zwiewną piramidę -
ja piorun burz - a od grobowca cichszy
mogił swych kryję trupiość i ohydę.
Ja - otchłań tęcz - a płakałbym nad sobą
jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach -
jam blask wulkanów - a w błotnych nizinach
idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.
Na harfach morze gra - kłębi się rajów pożoga -
i słońce - mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.
Moja tęsknota
do niewidzialnej kochanki,
jak lilia złota
marznąca w zimne ranki.
Lecz żaden duch z zaświatów
skrzydłami nie oprzędnie -
oh, tyle więdnie
kwiatów...