Kto przepłynął Marolę - tego śmierć już nie trwoży,
Tak śpiewają morskie lwy - marynarze.
Czarne skały się piętrzą wśród błękitnych bezdroży,
jak zębate mury piekieł i straże.
Tam, gdzie jutrznia się krwawi rozplotami swych włosów
płyną fale jak hymny Homera -
lecz wał jeden już dyszy - i już sięga niebiosów,
pod nim przepaść się aż do dna rozwiera -
i jak harpia zielona - szpony mając wzdłuż ciała,
chwilę wzdęty jak lodowiec - zawisnął
i runąwszy na skałę, co mlekiem pobielała,
ryknął - zszalał - chmurami wytrysnął.
Żółte węże rozpełzły - i przez śnieżne brną pola,
a już łeb swój potworny wychynęła Marola.
Szumi wicher - płacze, w gałęziach jodłowych -
dokądże mnie wiodą bogunki żałobne?
- Poprzez góry, morza - przez wulkanów jamy
powiedziem braciszka na trójsen głęboki.
W pierwszym śnie on wyśni lico ukochanej
i będzie z nią płynął po złotych jeziorach;
a w drugim śnie bory, pałace wysokie,
miesiące czerwone i serce Chrystusa;
a w trzecim: głębokie groty lazurowe
i gwiazdy grające - i że jest - szczęśliwy!
O siostry żałobne - czemuż mię niesiecie
w zimne kurytarze nad stojącą wodą?
Ale nie odrzekły - twarz mi zakrywają
i grają i łkają na czarownym flecie.
Moja tęsknota
do niewidzialnej kochanki,
jak lilia złota
marznąca w zimne ranki.
Lecz żaden duch z zaświatów
skrzydłami nie oprzędnie -
oh, tyle więdnie
kwiatów...