Kto przepłynął Marolę - tego śmierć już nie trwoży,
Tak śpiewają morskie lwy - marynarze.
Czarne skały się piętrzą wśród błękitnych bezdroży,
jak zębate mury piekieł i straże.
Tam, gdzie jutrznia się krwawi rozplotami swych włosów
płyną fale jak hymny Homera -
lecz wał jeden już dyszy - i już sięga niebiosów,
pod nim przepaść się aż do dna rozwiera -
i jak harpia zielona - szpony mając wzdłuż ciała,
chwilę wzdęty jak lodowiec - zawisnął
i runąwszy na skałę, co mlekiem pobielała,
ryknął - zszalał - chmurami wytrysnął.
Żółte węże rozpełzły - i przez śnieżne brną pola,
a już łeb swój potworny wychynęła Marola.
Purpurowe ciepłe słońce
zapadało w morza toń,
śląc w bezmiary złote gońce,
co pieściły moją skroń;
a ja leżę rozmarzona,
zasłuchana w szmery fal -
w głębiach płacze, w głębiach kona
miłość moja, duma, żal.
Oh, te czarne skał diamenty
poszarpały stopy me -
płyną dni me, jak okręty,
w coraz gęstszą zimną mgłę.
Wtem zadrżałam: w boskiej krasie
stał przede mną bóg -
tęcza była mu przy pasie,
księżyc obok nóg.
Jego oczy dwa szafiry
w ciemni moich grot -
szał mistyczny płynął z liry -
orłów gwiezdnych lot.
I ujrzałam w kolumnadzie
marmurowy dwór - -
ale cień się czarny kładzie
ode mnie - jak z chmur.
I poślubił moje łono
pośród Mlecznych Dróg -
tę pieśń mroków potępioną,
mocniejszą - niż bóg.
I on zgasnął - a ja płynę
z trupem u mych łon -
a pod łodzią mam głębinę,
gdzie gwiazd leci szron.
Wiem: przedrzekły mi Charyty,
iż przy dźwięku harf
Horus wzejdzie - syn kobi?ty,
już pogromca larw.