Kto przepłynął Marolę - tego śmierć już nie trwoży,
Tak śpiewają morskie lwy - marynarze.
Czarne skały się piętrzą wśród błękitnych bezdroży,
jak zębate mury piekieł i straże.
Tam, gdzie jutrznia się krwawi rozplotami swych włosów
płyną fale jak hymny Homera -
lecz wał jeden już dyszy - i już sięga niebiosów,
pod nim przepaść się aż do dna rozwiera -
i jak harpia zielona - szpony mając wzdłuż ciała,
chwilę wzdęty jak lodowiec - zawisnął
i runąwszy na skałę, co mlekiem pobielała,
ryknął - zszalał - chmurami wytrysnął.
Żółte węże rozpełzły - i przez śnieżne brną pola,
a już łeb swój potworny wychynęła Marola.
Kwiaty pną się tęczowe wśród kościołów milczących -
rosa w czarach się zbiera - kryształowych i lśniących.
Na szafirów ocean księżyc złoty wypłynął,
jęk się ozwał derkacza i za lasem gdzieś ginął.
Grają chóry aniołów - nie, to w sennych szuwarach -
korowody mar płyną - niosą ciało na marach.
I wstecz za się spojrzałem - na czarne kurhany,
lico widzę przecudne Pani mi nie znan?j.
"Czy pamiętasz? jak przy kolumnie Memnona
ty mię wziąłeś kapłankę w królewskie ramiona?"
- Ja Cię nie znam. -
"Z dolin Hiamawatu
uniosłeś mię - zapach błękitnego kwiatu".
- Nie pomnę. -
"A w czarnej Tartaryi
tyś mię nawrócił rycerz - do imienia Maryi".
- Nie wiem. -
"I jeszcze - ujrzałeś na balu
moje oczy - szafiry - stopione w opalu".
- I łódź moja płynęła w te zamarzłe morza -
dziś dbam więcej o rosę karmicielkę zboża,
niźli sny szczęścia.
W chmurach żarzą się łyśnice,
jak pożar spalający wysp mych czarownicę.
- Przebacz! szepce mi jabłoń kwietna przetowłosa -
- przebacz nam! szepcą niwy, gwiazdy i niebiosa.
Moja tęsknota
do niewidzialnej kochanki,
jak lilia złota
marznąca w zimne ranki.
Lecz żaden duch z zaświatów
skrzydłami nie oprzędnie -
oh, tyle więdnie
kwiatów...